Autorem recenzji szóstego odcinka Mr. Robot jest Oskar Rogalski z serwisu naekranie.pl.






Najnowszy odcinek „Mr. Robot” oferuje widzowi bardzo psychodeliczny klimat oraz głębsze spojrzenie na umysł głównego bohatera. Wszystko wzbogacone jest oczywiście obowiązkowymi nawiązaniami do innych dzieł popkultury.





Teoria, że tytułowy Mr. Robot jest tylko wytworem wyobraźni Elliota, powoli nabiera więcej sensu. Może się wydawać, że twórcy już nawet nie starają się tego specjalnie ukrywać, a postać Christiana Slatera jest coraz bardziej ewidentnie ignorowana przez pozostałych bohaterów. Czuć, że scenarzyści niedługo ostatecznie rozwieją nasze wątpliwości, bo zbyt uporczywe wydłużanie tego motywu nie jest wskazane (potwierdzą to choćby fani „Dextera” i jego 6. sezonu). Lwia część odcinka poświęcona jest majakom protagonisty spowodowanym przez gwałtowne odstawienie morfiny, którą się szprycował. W wielu serialach byłoby to pretekstem do stworzenia nudnawego i nic niewnoszącego do fabuły zapychacza, ale produkcja USA Network wybrnęła z tego znakomicie.





Sekwencje halucynacji Elliota to najmocniejszy punkt „eps1.3_da3m0ns.mp4″. Są nie tylko ważne dla fabuły, ale również rewelacyjnie przedstawione – elegancko i stylowo. W każdej telewizyjnej produkcji możemy spotkać się z podobnymi pomysłami, ale otoczka wizualna jest nieraz elementem, który decyduje o tym, czy w pełni kupujemy to, co dana scena ma przekazać. Tutaj udało się ten cel osiągnąć. Widać było inspirację twórczością Davida Lyncha oraz Davida Cronenberga (ten odcinek przypomniał mi, że muszę sobie odświeżyć „eXistenZ”), a pojawić mogły się również skojarzenia z „Drabiną Jakubową” Adriana Lyne’a.





Wygląd to jedno, a przesłanie to odrębna sprawa. „Mr. Robot” to serial, który można interpretować na wielu poziomach, i jest to jedną z jego najlepszych stron – nigdy nie pozwala nam przestać się głowić. Kwestia, czy Slater jest prawdziwy czy nie, to tylko wierzchołek góry lodowej. Umysł Elliota ma o wiele więcej ciekawych zakamarków. Na przykład intrygujące jest to, co mówi mu Angela – że nasz bohater istnieje tylko od miesiąca. Ten zaś jest przerażony tym, iż może zostać sam. Stworzył więc swojego przyjaciela, do którego ciągle mówi (tu oczywiście też odwołanie do wspomnianego wyżej „Dextera” i jego Mrocznego Pasażera). Te wszystkie aspekty można wytłumaczyć chęcią twórców do zabawy z widzem poprzez bycie meta i burzenie czwartej ściany. Bo może Elliot też w pewnym sensie mówi do nas? Dopóki my go słuchamy i oglądamy serial, bohater nie jest sam. No i przecież rozmawiamy właśnie o odcinku, który rozpoczął czwarty tydzień żywotu nowego tytułu USA. Nieważne, czy odnajdujecie jakiś sens w moich analizach – nie można zaprzeczyć, że oglądanie tej produkcji to po prostu fajne i stymulujące doświadczenie.





A co do tajemniczego Pana Robota – jedno rozwiązanie wydaje się oczywiste: to projekcja ojca Elliota, który jednak swojego ojczulka nie rozpoznaje, bo traumatyczne dzieciństwo sprawiało, iż sporo rzeczy w sobie stłumił i zablokował. Dowód? Gdy bohater obudził się po swojej „wycieczce”, zastał swojego nowego mentora, który zwrócił się do niego per „dzieciaku” („kiddo”).





Najnowszy odcinek został dopełniony przygodami dwóch par kobiecych bohaterek. Nikt z nas chyba nie spodziewał się niczego specjalnego po tych wątkach, ale te również nie okazały się wyłącznie fillerami – i za to brawa dla scenarzystów. Okazało się, że były chłopak Darlene to haker, który szantażuje Olliego, a Angela już zainfekowała system Allsafe wirusem (dobrze, że nie eksplorowano tego dylematu za długo).





„Mr. Robot” udowadnia, że soczyste i ambitne historie można emitować na każdej stacji – potrzebni są tylko odpowiedni ludzie za sterami. Brutalność, nagość i ciągłe przeklinanie to tylko dodatek, który nie jest konieczny, aby stworzyć coś wyjątkowego.





Źródło: http://naekranie.pl/recenzje/mr-robot-sezon-1-odcinek-4-recenzja