Autorem recenzji piątego odcinka Mr. Robot jest Piotr „Venom” Wosik z serwisu naekranie.pl.






Na półmetku 1. sezonu „Mr. Robot” serwuje najlepszy odcinek, konsekwentnie rozwijający i przeplatający wszystkie prowadzone wątki. Już dawno żaden serial nie proponował tak wciągającej i fascynującej rozrywki.



Motywem przewodnim 5. odcinka „Mr. Robot” była infiltracja Steel Mountain, którą udało zrealizować się bez tanich skrótów, przekonująco i cały czas trzymając widza w napięciu. Nerwy i strach szczególnie widoczne były na twarzy Ramiego Maleka, który tym razem otrzymał szersze pole do aktorskiego popisu. Scenarzyści łatwo mogli wpaść tutaj w pułapkę utartych schematów, ale zręcznie wybrnęli, wplatając w intrygę ułamek pecha (zmiana przełożonej) oraz szczęścia (Tyrell Wellick) i cały czas kładąc nacisk na imperatyw ludzkich słabości.



Fantastyczna jest scena, w której Elliot masakruje słownie poczciwego Billa. Bezwzględna tyrada bohatera skrywa w sobie przemyślenia i obawy dotyczące jego własnej osoby, a jej cięty i bezlitosny przekaz wzburzyć może niejednego widza. W podobnie wyrachowany sposób podpuszczono również Wellicka i rozprawiono się z problematyczną przełożoną, ale tu na uwagę zasługuje po raz kolejny sposób wykorzystania technologii. Podrobienie SMS-a, a wcześniej sklonowanie karty i chytre wykorzystanie Wikipedii ukazane są wiarygodnie i oddają faktyczne możliwości hakerów. Autotematyczny komentarz Romero z poprzedniego tygodnia potwierdza, że twórcy operują tymi pomysłami jak najbardziej świadomie.



Nagłe pojawienie się Tyrella Wellicka było fortunnym zbiegiem okoliczności, a komentujący sytuację Elliot wzniecił znów teorię, jakoby on sam mógł być wytworem wyobraźni. Przeczy temu oczywiście większość wydarzeń, ale zaproponowanie kilku osobowości bohatera byłoby rozwiązaniem interesującym. Na razie motyw ten odłożyć można między bajki, ale pewne wydaje się, iż Mr. Robot nie jest fizyczną postacią. W idealnym momencie podpowiada Elliotowi, przewidując niejako jego myśli. Podczas wybuchu złości chyba po raz pierwszy wchodzi w tak żywą interakcję z otoczeniem, ale jednocześnie zgrabnie pokazano usuwającego się w cień Elliota.



Podążając ze terminologią serialu, Mr. Robot to demon bohatera, ucieleśnienie jego podświadomości i instynktów, których nie sposób kontrolować, a które niekiedy przejmują stery. Wszystkie te sceny pokazywane są jednak odpowiednio dwuznacznie, ciągle otwarta jest więc furtka dla innych możliwości i na tym etapie prawdziwym zaskoczeniem okazałoby się to bardziej pospolite rozwiązanie.



Konsekwentnie rozwijana jest także postać socjopatycznego Tyrella Wellicka – najpierw poprzez cyniczny monolog w restauracji, w którym wyśmiewa ambicje starszego kelnera, a później także przez wręcz bezczelne i wyrachowane zachowanie podczas kolacji w domu karierowego rywala. Kulminacją jest scena konfrontacji z żoną gospodarza, do której dochodzi w toalecie. Za pomocą minimum słów i kilku prostych gestów zobrazowane jest seksualne napięcie i esencja zdeprawowania Wellicka, co dowodzi także, że nie potrzeba psychologicznego bełkotu i drastycznych scen, aby osiągnąć mocny efekt.



Ciekawie dzieje się również na dalszym planie. Odmowa pomocy ze strony prominentnej Dark Army to budowanie gruntu pod kolejne odcinki. Angela zatrzymała się na faktycznym i metaforycznym rozdrożu, a z uwagi na zaległe rachunki ojca uwierzy zapewne w słuszność walki z Evil Corp. Tymczasem nieoczekiwany powrót na scenę psychopatycznego dilera Fernando zwiastuje kłopoty dla Elliota i dowodzi, że twórcy działają według ustalonego planu, w którym każde przeszłe decyzje mogą nieść przyszłe konsekwencje.



Na szczególną pochwałę zasługuje jednak techniczna strona serialu. To już nie tylko filmowy klimat chłodnych barw i fincherowskich światłocieni, ale także montaż, a szczególnie genialna praca kamery. Twarze bohaterów często znajdują się z boku kadru, a niektóre sceny kręcone są z nietypowych kątów. Widać to wyraźnie podczas rozmowy Elliota z Billem, a także kolacji Wellicka, podczas której kamera stara się oddawać emocjonalne znużenie postaci, za centrum ekranu obierając wazon z kwiatkiem.



Mało tego, całość nieprzerwanie okraszana jest kapitalną ścieżką dźwiękową, a sama muzyczna konstrukcja ostatnich minut podkreśla przemyślany monolog protagonisty i wznosi „Mr. Robot” o poziom wyżej.





Źródło: http://naekranie.pl/recenzje/mr-robot-sezon-1-odcinek-5-recenzja