Autorem recenzji siódmego odcinka Mr. Robot jest Piotr „Venom” Wosik z serwisu naekranie.pl.






Po dwóch szalenie intensywnych epizodach, „Mr. Robot” zwalnia. Następuje potrzebne wygaszenie napięcia, rozliczenie się ze skumulowanymi emocjami i fabularne przetasowanie.



Dramatyczne wydarzenia z ubiegłego tygodnia mogły zaszokować. W odpowiedzi „Mr. Robot” nie eskaluje dalej tempa, ale urywa je, wprowadzając odcinek o konstrukcji zgodnej z tradycją najznamienitszych telewizyjnych produkcji. To też otwarcie stanowi scena retrospekcji – z jednej strony służąca za godne pożegnanie radośnie bezpośredniej i przyjacielskiej Shayli, z drugiej informująca nas, że zagładę na dziewczynę sprowadził sam Elliot.



Miesięczny przeskok w czasie to typowy zabieg, którego można się było spodziewać. Szkoda, że nie rozwinięto zachowania Aldersona następującego tuż po odkryciu ciała. Również z praktycznej strony interesujące jest to, co bohater zrobił z samochodem i znajdującymi się w nim zwłokami. Zamiast jednak podążania za sensacją, serial skupia się na uczuciach bohatera. Ta bardziej ludzka strona jego charakteru z początku pozostaje zamknięta, wycofana. Elliot zbywa troskę Kristy i radę Gideona, odpowiadając na nią nutką czarnego humoru w scenie z tabliczkami, pokazującymi skryte przemyślenia pracowników Allsafe.



Ostatecznie jednak dochodzi do przełamania. Wdrożona przez bohatera autoterapia, polegająca na zgrywaniu cyfrowych danych na nośnik DVD (kapitalny dobór nazw klasycznych zespołów i piosenek korespondujących z uczuciami) i czyszczeniu pamięci komputera, okazuje się niewystarczająca. Prawdopodobnie również zagrożenie zdrowia psa popycha bohatera poza granicę własnego komfortu. Zamykający odcinek monolog Elliota to esencja jego postaci i pierwszy raz kiedy otwarcie konfrontuje się on z własnymi obawami i pozwala sobie na łzy. Czyni to oczywiście w charakterystyczny dla siebie sposób, po drodze dekonstruując prywatne życie pani psycholog. Trzeba przyznać, że scena ta wypadła odpowiednio subtelnie i całkiem wzruszająco.



Kluczowe jest również zachowanie drugiej połowy osobowości młodego programisty. Pan Robot także wychodzi bowiem poza ramy dotychczasowej definicji i odsłania swoją szaleńczą stronę. Rozmowa z Romero – w okolicznościach, które pośrednio przypominają motyw znany z „Podziemnego kręgu” – przybrała zaskakujący obrót i przyczyniła się do pogłębienia bipolarnego charakteru Elliota. Jesteśmy o krok bliżej, aby to postępujące rozszczepienie zostało wreszcie skomentowane przez zewnętrzne otoczenie i wyjaśnił się ostatecznie status postaci Christiana Slatera. Pod tym względem, śmierć Shayli mogła być koniecznym bodźcem dla dalszego rozwoju bohatera.



Nieoczekiwany przełom, a w zasadzie załamanie, następuje również u Tyrella Wellicka. Do tej pory był bezwzględnie opanowany i wyrachowany, atym razem odsłania swoje słabości i wraz z nimi puszczają wszelkie moralne hamulce. Bezczelne zwolnienie trzech podwładnych, którzy nieświadomie wyśmiali jego ambicje i postępowanie, było tylko nieznacznym wstępem. Morderstwo żony Knowlesa, która okazała się godną przeciwniczką, to już jednak skrajnie nieprzemyślany i impulsywny rezultat. Zabicie jej mogło być oczywiście odpowiednim środkiem – byłem bowiem pewien, że Wellick zrzuci ją z dachu, pozorując tym samym samobójstwo, które podkopałoby małżeństwo i pozycję Scotta. Uduszenie jej i późniejsza reakcja bohatera to jednak wyraźne znaki, iż dokonał tego w afekcie, a nie z racjonalnych dla siebie przesłanek.



W centrum epizodu znalazła się jeszcze Angela i jej roszczenia względem Evil Corp. To wątek względnie obyczajowy, pasujący jednak do koncepcji całości, bo podejmujący się idealistycznego wyzwania walki z skorumpowaną i przesiąkniętą złem korporacją. Owo zło tylko początkowo przybiera twarz impertynenckiego Colby’ego, żeby już po chwili stać się kombinacją deszczowego dnia, bezpardonowego kapitalizmu i biznesowej obojętności zakrapianej drogim alkoholem. Na swój sposób motywacje Angeli są więc zbieżne z tymi Elliota. Ona również nie stawia na indywidualną gratyfikację, ale na próbę ogólnej poprawy niesprawiedliwych warunków współczesnego świata.
Z pozoru jest to zachowanie naiwne i niepotrzebne, szczególnie, że bohaterka wiele znosi, podważa własną reputację, a także stawia się w niełatwej sytuacji względem kolegów z Allsafe. Napędza ją jednak głęboko zakorzeniona i obiektywnie zrozumiała uraza, co w efekcie czyni ją pełnowartościową postacią serialu, a także stawia przed nią i widzem niewygodny dylemat.



Do fabularnego przetasowania przed kolejnymi odcinkami dochodzi z kolei z ręki Darlene. Kosztem znajomego (który płazem sytuacji nie puści) oraz z podkreśleniem swoich anarchistycznych zapędów (rozmowa z kontrastową Trenton), doprowadza do spotkania z tajemniczym WhiteRose, stojącym na czele potężnej Dark Army. Wszystko wskazuje więc na to, że tak jak obecnie u nas za oknami, tak 7. odcinek stanowił chwilę cennego wytchnienia pomiędzy kolejnymi wyładowaniami atmosferycznymi.





Źródło: http://naekranie.pl/recenzje/mr-robot-sezon-1-odcinek-7-recenzja