Autorem recenzji szóstego odcinka Mr. Robot jest Oskar Rogalski z serwisu naekranie.pl.






W zeszłym tygodniu „Mr. Robot” czerpał ze schematów heist movie, a tym razem przeistoczył się w trzymający w napięciu thriller. Ten serial nie idzie na łatwiznę – cały czas serwuje nam coś nowego i z każdym kolejnym odcinkiem robi się coraz lepszy.



Ponownie wystawiamy „Mr. Robot” najwyższą możliwą ocenę, zachwycając się tym jak rewelacyjnie twórcy żonglują różnymi gatunkami i posuwają tę historię do przodu odważnymi zagraniami. Niedawno włamywaliśmy się z Elliotem do wypełnionego zabezpieczeniami Steel Mountain, a teraz bohater musi dokonać niemal niemożliwego, aby wydostać z więzienia groźnego gangstera. Stawka jest olbrzymia – życie Shayli i jego samego.



Od pierwszych minut nie można oderwać wzroku od „eps1.5_br4ve-trave1er.asf” – scena w restauracji nadaje odpowiedni ton opowieści, zwiastujący pełny suspensu wyścig z czasem. Chwilę później mamy rozmowę naszego hakera z bezwzględnym złoczyńcą, a analogowy telefon, ciemne zaplecze knajpy, symetria kadrów i cudownie przerysowana postać Very sprawiają, że sam David Lynch nie powstydziłby się tak nakręconej sekwencji w stylu neo-noir. Scenarzyści od samego początku zawieszają więc poprzeczkę niezwykle wysoko i przez kolejne 40 minut poniżej tego pułapu nie schodzą.



Elliot zaciekle walczy o przetrwanie Shayli, wbrew wszelkim cechującym go do tej pory instynktom. Wręcz znikąd pojawia się Pan Robot, aby przypomnieć protagoniście, że ucieczka to jego jedyne rozwiązanie, a on sam stoi na straconej pozycji – gra w grę, która jest z góry skazana na porażkę. To kolejny dowód, że tytułowa postać jest wyimaginowana, a tutaj pełni rolę pragmatycznej strony umysłu głównego bohatera. Ten jednak nie słucha swojego mentora i wciąż ma nadzieję na sukces. Wmawia sobie to, co chciałby usłyszeć, oszukując siebie tak samo jak Angelę w scenie mającej miejsce zaledwie kilkadziesiąt sekund wcześniej.



Sama misja jest przeprowadzona w niesamowicie wciągający i rozrywkowy sposób. Osobiście nie wiem nic o hakowaniu, ale widziałem dość filmów i seriali, aby rozpoznać, kiedy sprowadza się tę sztukę do science fiction. Tutaj tego nie można odczuć, a sposób infiltracji systemu więzienia jest poprowadzony bardzo autentycznie. Już standardowo w przypadku recenzji produkcji stacji USA pochwalić trzeba styl realizacji, pełny fincherowskich ujęć, które potęgują paranoję i niepokój Elliota, ale także samego widza. To ma swój punkt kulminacyjny w finałowej scenie, gdy wszystko staje na głowie, a my tracimy postać, która rozświetlała nieco ten ponury świat serialu.



To był okrutny twist! Starać się uratować komuś życie i przez cały dzień jeździć z jego trupem w bagażniku. Czujemy to co Elliot – jesteśmy źli, żądni zemsty i z całą pewnością będziemy za Shaylą tęsknić. Brawa za odwagę dla twórców. To jasny sygnał, ze happy endów spodziewać się tu nie możemy.



Podobnie jak w poprzednich epizodach, poruszamy się według podobnego schematu – jedna, główna oś fabularna i dwie poboczne. Te nie dostają zbyt dużo miejsca, ale to co widzimy może się podobać. Znakomita była scena rozmowy Angeli z niestroniącą od alkoholu prawniczką, która informuje ją, że ma lepsze szanse na obronę mordercy-gwałciciela niż zrobienie jakiejkolwiek krzywdy Evil Corp. Mimo to, nasza bohaterka ma jakiś plan i wątek ten nabiera rumieńców. Scenarzyści nie ułatwiają też zadania Wellickowi, który znalazł razem z żoną godnych przeciwników, jakimi będą państwo Knowles. Rozmowa Scotta i Tyrella, w której ten drugi zostaje całkowicie zdominowany, to prawdziwa perła.



Najnowszy „Mr. Robot” to zdecydowanie najbardziej emocjonujący odcinek serialu dotychczas. Produkcja USA nie aspiruje już do miana najlepszego serialu lata (ten tytuł ma w kieszeni), ale całego 2015 roku. Tak trzymać!





Źródło: http://naekranie.pl/recenzje/mr-robot-sezon-1-odcinek-6-recenzja