Autorem recenzji trzeciego odcinka Mr. Robot jest Piotr „Venom” Wosik z serwisu naekranie.pl.






W 3. odcinku „Mr. Robot” nie tylko nabiera kształtów i potwierdza, iż faktycznie może być pozycją wyjątkową, ale udowadnia także, że ma do zaoferowania jeszcze więcej, niż sugerowała sama premiera.





Sukces „Mr. Robot” polega przede wszystkim na dojrzałym i kreatywnym wertowaniu filmowych klisz, a nie sileniu się na nieprzemyślane pomysły. Subtelnie rozrzucane są tropy z takich ikonicznych utworów popkultury jak „Millennium”, „Podziemny krąg”, „American Psycho” czy „V jak Vendetta” – co w serialu daje świeżą i fascynującą kombinację.





Odcinek „eps1.2_d3bug.mkv” (kapitalne tytuły!) stawia przed Elliotem szereg nowych wyzwań. Przede wszystkim coraz mocniej akcentowany jest jego problem z narkotykami i to jest coś, co może mieć w przyszłości spore znaczenie. Ze szczerym zainteresowaniem i wyrozumiałością ogląda się tymczasem jego nieporadne próby nawiązania bliższego kontaktu z Shaylą i starania w dopasowaniu się do społecznych konwenansów. Sekwencja, w której bohater obiecuje zmianę swojego życia, a obraz na chwilę nabiera żywszych kolorów, to dotychczas najlepsze kilkadziesiąt sekund serialu. To nie tylko kąśliwy kontrkulturowy komentarz, ale także nowe dla serialu elementy rozluźniające. Również w narracji Elliota odnotować trzeba nutę czarnego humoru i jest to prawidłowy krok scenarzystów – jednostajnie fatalistyczny wydźwięk potrafi szybko znużyć, a tak na zasadzie kontrastu można lepiej docenić cichy nastrój niepokoju.





Najważniejszym punktem odcinka powiązanym z Elliotem jest jednak Mr. Robot – oto bowiem otrzymaliśmy dwie bardzo wyraźne sugestie, iż nie jest on postacią realną, a wytworem wyobraźni głównego bohatera. Najpierw zostaje zlekceważony w biurze Allsafe, gdzie nikt z obecnych nie odnotowuje jego obecności, a następnie milczeniem zbywa go barman, który nawet przez moment nie kieruje na niego wzroku. Nie jest to jednoznaczny i definitywny przekaz, ale pora głośno zaznaczyć, że Mr. Robot może być efektem rozdwojenia jaźni Elliota bądź ucieleśnieniem ciemnej strony jego osobowości, odpowiedzialnej za wytoczenie walki skorumpowanemu i żyjącemu w naiwności światu. Szczególnie ma to sens w kontekście wydarzeń z poprzednich odcinków i coraz więcej dwuznacznych wskazówek kieruje nas właśnie ku temu rozwiązaniu.





Dość niespodziewanie odcinek ten ma jeszcze jednego, równorzędnego bohatera. Tyrell Wellick (intrygujący Martin Wallström) to genialnie i bezkompromisowo zaprezentowany, wręcz rasowy socjopata, którego nie powstydziliby się autorzy wymienionych na wstępie dzieł. Bezwzględne podejście do własnej postawy, opłacenie i pobicie bezdomnego, homoseksualny stosunek z asystentem przełożonego, a w końcu fetyszystyczny seks z ciężarną żoną (zaznaczmy jednak, iż wyraźnie z jej własnej inicjatywy) to odważne, a momentami wręcz szokujące wybiegi. W tych kilku scenach udało się wykreować pasjonującą postać – łącznie z apodyktycznymi ambicjami oraz toksyczną relacją z małżonką – i mimo wszystko uniknąć tanich kontrowersji.





Ożył także drugi plan. Związek Olliego i Angeli nie jest na wskroś stereotypowy – szczególnie ona pokazuje więcej odcieni, a to współczując Elliotowi, a to chłodno kalkulując konsekwencje szantażu. Ponadto znów błyszczy arogancka Darlene, Gideon udowadnia, że nie da się łatwo zwieść, a swoją wrażliwą stronę odsłania Shayla. Wszyscy ci bohaterowie zaczynają odznaczać się charakterem i indywidualnymi motywacjami – nie są tylko niemrawymi pionkami na fabularnej planszy, ale faktycznymi figurami, których ruchy mają (lub będą mieć) znaczenie – i to bogate tło jest kolejną z kluczowych zalet produkcji.





Potwierdza się także wysoki poziom technicznej realizacji – „Mr. Robot” to nie tylko świetne aktorstwo i błyskotliwy scenariusz, ale także muzyka, a przede wszystkim unikający łatwizny montaż i reżyseria. Znów wiarygodnie i przekonująco zaprezentowano sceny hakowania, wyjaśniając przestarzały system komputerowy szpitala, a także pokazując sprawne majstrowanie w cudzym telefonie. Trafionym zabiegiem okazują się też nawiązania do rzeczywistości (przywołanie nazwiska Jessiki Alby, Starbucksa, Instagramu czy filmów Marvela), co pomaga osadzić produkcję w kontekście i w efekcie wzmocnić siłę przekazu. W tym wszystkim znalazło się jeszcze miejsce na tak frapująco osobliwą scenę jak oddawanie portfela ulicznemu złodziejaszkowi.





Serial ma więc wszystkie atrybuty, aby z czasem stać się kultowym – potrzebuje tylko zyskać na popularności i zacząć trendować w mediach społecznościowych. To bardzo dobry moment, aby z przekąsem i dystansem spojrzeć na dominujący dzisiaj model wirtualnego życia, przywiązania do pozorów czy choćby uwielbienia dla komiksowych ekranizacji. Zdziwi mnie więc, jeśli serial nie będzie systematycznie budował swojego fandomu i mocniej rezonował ze świadomością widzów, ponieważ wyraźnie ma ku temu aspiracje.





Na razie jednak w punkt trafiono, odnosząc się do przeszłości Elliota i w ten sposób motywując go do podjęcia akcji. Na scenie znajduje się jeszcze tajemniczy haker szantażysta i stojąca za nim organizacja, co razem wzięte zwiastuje, że atrakcje ciągle przed nami. Za wcześnie jest więc na ostateczne werdykty, ale po trzech odcinkach „Mr. Robot” to bezkonkurencyjnie najlepsza premiera lata.





Źródło: http://naekranie.pl/recenzje/mr-robot-sezon-1-odcinek-3-recenzja